The Other Side

The Other Side

piątek, 29 listopada 2013

życie jest kruche, delikatne.

‘-Dlaczego to robisz? Dlaczego niszczysz cos co jest dla mnie najwazniejsze? Dlaczego niszczysz nas? -My nigdy nie bedziemy ze soba naprawde! Nie potrafimy byc w normalnym zwiazku, bez ranienia siebie nawzajem.Nie potrafie sie zmienic nawet dla Ciebie Anabell. -Wiec odejdz. -Niepotrafie.’
"Zapominamy, że życie jest kruche, delikatne, że nie trwa wiecznie. Zachowujemy się wszyscy, jak byśmy byli nieśmiertelni. " — Éric-Emmanuel Schmitt

Jadąc samochodem podziwiała Nowy York. Był piękny, zwłaszcza wieczorem gdy cale miasto było oświetlone. Zdecydowała się zamieszkać w szkole z internatem na Manhattanie. To była jedna z jej najtrudniejszych decyzji jakie musiała podjąć. Czy da sobie rade bez pomocy rodziców? Chciała się usamodzielnić, a przede wszystkim uniknąć ich zmartwionych spojrzeń. Chciała, żeby myśleli, że wszystko jest tak jak być powinno. Że jest dobrze. Wiedziała, że nie będzie potrafiła cały czas grac. Dotarła na miejsce. Był to ogromny budynek z wielkim ogrodem. Po lewej stronie szkoły znajdowało się nieduże jeziorko. Tafla wody ruszała się spokojnie poruszana podmuchami wiatru. Obok jeziora rosło ogromne drzewo. Anabell uśmiechnęła się do siebie. Czuła, że znalazła już miejsce dla siebie. Pożegnała się z rodzicami i wolnym krokiem weszła do szkoły. W recepcji siedziała starsza pani przeglądająca gazetę. Przywitała Anabell serdecznym, szerokim uśmiechem. -Witaj słoneczko. W czym mogę Ci pomoc? -Dobry wieczór. Nazywam się Anabell Ross. Czy mogłabym dostać klucze do swojego pokoju? -Ależ oczywiście - odparła starsza pani i wręczyła dziewczynie klucze. Przy okazji dala jej mapę szkoły, żeby mogła trafić do swojego pokoju.
Anabell szła krętymi korytarzami szkoły. Ściany z zimnego muru, obwieszone wielkimi obrazami i portretami osób, które ukończyły tę szkolę. Szla zamyślona, tempo wsłuchując się w dźwięk kółek od walizek, gdy nagle zza zakrętu wyszła grupa chłopaków. Anabell buchnęła w jednego z nich i z impetem upadla na ziemie. Usłyszała głośne przeklniecie. Uniosła głowę i zobaczyła ciemnego bruneta podnoszącego się z podłogi. Włosy miał prawie czarne i kręcone. Spojrzał na nią z góry. Spojrzenie jego turkusowych oczu było przenikliwe i zimne, ale hipnotyzujące. Anabell potrząsnęła głową i wstała. -Uważaj jak chodzisz - burknął brunet. Głos miał aksamitny i delikatny. Zupełnie nie pasował do niego ton. -Ja... przepraszam zamyśliłam się - odpowiedziała na swoją obronę, ale chłopak nawet nie poczekał aż skończy zdanie tylko wyminął ja z grupką swoich kolegów i odszedł. To ładnie - mruknęła sama do siebie i ruszyła dalej. Nie zauważyła tylko, że niemiły brunet odwrócił się dyskretnie w jej stronę i delikatnie się uśmiechnął.
***
Trafiła do swojego przestronnego pokoju w jasnym kolorze zieleni. Po obu stronach pokoju stały łóżka, a obok nich szafka z lampką. W pokoju były także dwie duże szafy narożne. Wszystkie meble były koloru ciemnego brązu, który idealnie współgrał z jasną zielenią ścian. Łazienka była jedna, ale za to bardzo duża. Mieściła się w niej wanna i duży prysznic. Jak się okazało Anabell dzieliła pokój z nijaka Nadia Grant. Dziewczyna jak na pierwsze wrażenie, wydala jej się mila. Miała długie, proste blond włosy i niebieskie oczy. Anabell rozpakowała swoje rzeczy, po czym wzięła kąpiel i udała się w objęcia Morfeusza.